Trudny związek z wolnością

Drukuj

Nie znam się na związkach. Ale znam się na pracy. A w pracy jest tak, że gdy się coś zaniedbuje, to prędzej czy później stracimy też to, co już wypracowaliśmy. Znajomi mówią, że w relacjach międzyludzkich jest podobnie. A już na pewno w związku młodych z wolnością.

Bo ten związek nie należał do najłatwiejszych. Wolność była wymagająca, miewała humory, czasami trzaskała drzwiami i wychodziła. Do niedawna, w zasadzie paru miesięcy wstecz, moje pokolenie było pewne, że wystarczy za nią wybiec na korytarz i się uśmiechnąć, by wróciła. Nigdy nie odchodziła zbyt daleko. Raz było trochę bardziej niebezpiecznie, poderwała ją wtedy ACTA. Doskonale pamiętamy, jak poszliśmy szukać Wolności pierwszy raz w życiu na ulicach. Wróciła. Wtedy uwierzyliśmy już ostatecznie, że tworzymy stabilny związek. Powróciliśmy więc do lekceważenia jej, zostawiania samej sobie, czasami czyniliśmy ją winną naszych porażek. Bo było jej wszędzie pełno, dawała zbyt wiele możliwości wyboru. Aż w końcu wybraliśmy źle.

Dalej jest z nami, ta nasza Wolność. Ale to już przyjaźń po przejściach. Być może został jej sentyment do nas, ale 23 stycznia zabrała jedno ze swoich ostatnich pudeł, jakie ciągle stoją w naszym przedpokoju. Musimy resztę dobrze schować. Może zaprosimy ją wtedy na herbatę, zanim obiecamy ich wspólnie poszukać. Może uda się Wolność przekonać raz jeszcze, by wróciła.

Na razie jednak stoimy sami na rozstaju dróg. I musimy dojść do ładu ze sobą, z oczekiwaniami, jakie stawiamy przed własną przyszłością i przyszłością Polski. Urodziliśmy się w wolnym kraju i jedno wiemy na pewno – w kraju wolnym chcemy żyć. Wolnym od autorytarnych zapędów poszczególnych partii, wolnym od nienawiści i pretensji. Powoli zaczynamy, my – wolni dwudziestolatkowie, rozumieć potrzebę angażowania się nie tyle w politykę, co w tworzenie społeczeństwa obywatelskiego. Wcześniej nam się nie chciało. Przyznajemy.

Młodych w Komitecie Obrony Demokracji nie brakuje. Może na razie nie widać nas w wielotysięcznych tłumach, ale jesteśmy. Trochę błądzimy, nie trzymamy się w grupach, bo niezbyt potrafimy. Większość z nas wychowała się w przekonaniu, że prawdziwą siłą jest jednostka. Mieliśmy być najlepsi, korzystać z życia i świata, jaki wywalczyli dla nas rodzice i dziadkowie. Nie potrzebowaliśmy innych. Nauczono nas rywalizować. Raptem jednak, w wyniku jednych wyborów, zaczął wokół nas powstawać chaos, który znaliśmy z opowieści o żelaznym wilku. Pojawiła się konieczność mobilizacji i organizacji. To drugie pojęcie znamy trochę z tworzenia eventów na fejsie, pierwszego za to nie kojarzymy w ogóle, albo bardzo słabo.

Z miesiąca na miesiąc okazuje się, że aby uratować świat, który znamy, powinniśmy przestać krążyć anonimowo w tłumie albo próbować zmienić coś tylko w oparciu o własne nazwisko. To nie jest zmiana, która nastąpi z dnia na dzień. Musi być pokoleniowa. Czeka nas przejście z poziomu rywali na etap celowej współpracy. Nie mamy doświadczenia we wspólnym, chóralnym odśpiewywaniu „Murów”. Lubimy tą piosenkę, kojarzy nam się z filmami o ciężkich czasach PRL, które leciały czasem w telewizji. Znamy też „Dorosłe dzieci”, w domu wytłumaczyli nam metafory, których pełno w „Autobiografii”. Ale to nie jest nasz hymn.

Nie mamy też pojęcia jak się zachować, kiedy ktoś weźmie nas na podsłuch. Mówimy o zamknięciu granic dla imigrantów, ale sami mocno byśmy się zdziwili, gdyby niemiecka straż graniczna chciała skontrolować nasze paszporty. My już ich nie mamy przy sobie, gdy jedziemy na Zachód. Stany, Francja i Włochy są w naszych szufladach, na wieszakach w garderobie i po angielsku działają nasze smartfony.

Trochę bardzo dalej nie rozumiemy co to znaczy, że Trybunał Konstytucyjny został sparaliżowany. Przecież wystarczy napisać skargę do Strasburga? Otwieramy oczy szeroko ze zdziwienia, kiedy zaczynamy pojmować, że to wiele nie da. Że naprawdę znów jest niebezpiecznie. Że po raz drugi trzeba było wyjść na ulice. A potem po raz czwarty. Ale wyszliśmy. I będziemy wychodzić. Uczymy się nowych słów takich jak mobilizacja i organizacja. A inne, takie jak wolność czy demokracja, zaczynamy rozumieć na nowo.

Pojmujemy też, że kiedy w polityce jest nudno, to znaczy, że jest dobrze. Wielu z nas chciało rozruszać trochę prezenterów wiadomości. Fakt faktem – przesadziliśmy. Otrzymaliśmy media narodowe, a w pakiecie dziennikarzy, których do teraz co najwyżej podsyłaliśmy sobie na privach, jak kompromitują się zadając śmieszne pytania radykalnym rozmówcom.

Cała młoda Warszawa wie, że Plac Zbawiciela głosował na Kukiza. Ale przecież to miał być żart.

 

Czytaj również