Smoleński foch

Drukuj

W Warszawie grzmi od chwili ogłoszenia nowej lokalizacji pomnika mającego upamiętnić ofiary katastrofy smoleńskiej. Wygląda na to, że siedzącym po prawej stronie dyskursu znów się nie podoba. Bo to nie to, co Krakowskie.

Czasami trzeba powiedzieć głośno to, o czym po cichu myślą wszyscy. Po wiadomości dotyczącej wstępnej lokalizacji kolejnego pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej ( u zbiegu ulicy Trębackiej i Focha w Warszawie), tym czymś jest słowo „dość”.

Na wojskowych Powązkach (a trudno o bardziej godne miejsce upamiętniania czegokolwiek, niż wojskowe Powązki), postawiono monumentalne, przełamane skrzydło. Na Krakowskim Przedmieściu znajduje się tablica. Rozsiane po Polsce skwery, parki i ulice pamięci ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku także nie pozwalają o niej zapomnieć. Pytanie „po co kolejny pomnik” rozbrzmiewa w umysłach wielu, wielu osób. Dodałabym, że racjonalnie myślących, ale nie powinnam przecież posuwać się tak daleko. Bo to nie wypada. Ale właśnie, nie wypada…. A może jednak? W końcu te miejsca pamięci powstają i są utrzymywane za pieniądze publiczne, czyli nas wszystkich. Jako człowiek, głęboko współczuję wszystkim rodzinom ofiar katastrofy sprzed pięciu lat. Jednak jako obywatelka mam tej histerii dosyć.

Z pewną dozą żalu oraz niepokoju wspominam moje myśli po usłyszeniu wiadomości o katastrofie smoleńskiej. Po pierwsze byłam wstrząśnięta rozmiarem tragedii. 96 istnień ludzkich to dużo. Dużo smutku. A jednak mimowolnie nasuwającą się myślą numer dwa były nierozłączne w polskiej rzeczywistości politycznej słowa „o” i „nie”. O nie. Nie będzie już spokoju. Nie dadzą nam już żyć.

Ponieważ na pokładzie było tak wielu przedstawicieli PiS oraz zwolenników prawicy, to wydarzenie nigdy nie będzie katastrofą samolotu. To zamach. Wszystko się zgadza. Głowa państwa wywodząca się z jedynej słusznej polskiej partii, ruscy, nawet spreparowana mgła, a wszystko to w otoczce katyńskiej. Szkoda tylko, że na pokładzie były osoby z innych frakcji politycznych i załoga, ale z tą niedogodnością również sobie poradzono. Wystarczyło dość często powtarzać i przypominać narodowi, czyja śmierć była najważniejsza. I tak z prawdziwiej tragedii zrobiono polityczny cyrk, wykorzystujący imiona zmarłych zamiast akrobatów. Są nietykalne.

Nietykalna jest także żałoba Prezesa, prezentowana od pięciu lat przy każdej okazji lub bez takowej. Płonąca pochodniami, powiewająca nad prawdziwymi Polakami zawłaszczoną, biało-czerwoną flagą. Rozciągająca się i chroniona od Bałtyku aż po Tatry. A może to się nazywa paranoja? W Polsce zdarza się nam mieszać pojęcia.

Nie możemy mieć jednak wątpliwości co do jednego. Tu nie chodzi o pomnik. Żadna lokalizacja oprócz obszaru przed pałacem prezydenckim nie będzie odpowiadała PiS-owi i Prezesowi ani tzw. „ludowi smoleńskiemu”. Tu chodzi o znaczenie terenu. PiS ma wrócić do władzy. Ma swój wygodny, bo już abstrakcyjny, autorytet w postaci zmarłego prezydenta na Wawelu. Ma rzeszę zwolenników przybitych do krzyża populistycznych haseł. I ma dostać Krakowskie. Inaczej będzie foch. Podwójny.

Rozpatrując kwestię pomników upamiętniających katastrofy lotnicze, warto przypomnieć sobie tragedię samolotu z lat osiemdziesiątych, który rozbił się w Lesie Kabackim. Zginęła tam również znana osoba, Anna Jantar. Tablica upamiętniająca znajduje się dosłownie w lesie. I nie słyszałam, by rodziny ofiar, których było 87, domagały się wznoszenia postumentów przed zakładami pracy zmarłych.

Czytaj również