Po drugiej stronie 10 maja

Drukuj

Wyborcy w krainie antyestablishmentowców. Wciągnięto ich tam siłą czy wpadają przez własną głupotę?

Kiedy Korwin przestał być moim największym problemem? W chwili, gdy usłyszałam po raz pierwszy Kukiza.  Wtedy zrozumiałam, że oni tak na serio.  I że mogą wszystko roznieść w drobny mak.

Tzw. kandydaci antyestablishmentowi to problem znacznie poważniejszy niż jakakolwiek z wielu wydmuszek PiS-u. Głównie dlatego, że ich pomysły są często kwitowanie stwierdzeniem : a co jeśli w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Otóż, newsflash, nie ma.

Nie ma metody w niszczeniu. Nie ma jej w przywracaniu kary śmierci. Szalony Kapelusznik w pilotce i Marcowy Zając w skórzanej kurtce nie mają recepty na problemy dwudziestopierwszowiecznej Polski.

Parę tygodni temu przeszłam się na wykład epigona wolnego rynku – Yaron’a Brook’a, zesłanego najwyraźniej do Polski, by szerzyć tu niezmącony rzeczywistością kryzysu obraz wspaniałego dzikiego kapitalizmu. Kapitalizmu, który nie tylko jest lekiem na całe zło, włącznie z niską aktywnością potencjalnych przedsiębiorców (dajcie im wolną rękę, dajcie im robić, co tylko dusza zapragnie, a wasza gospodarka zakwitnie tak, jak chińska), ale jest systemem całkowicie opartym na miłości (ci, którzy zaniemogą, będą utrzymywani przez prywatne akcje charytatywne tych, którzy nie zaniemogli).

Sala kolumnowa w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego pękała w szwach. Wszystkie przygotowane miejsca były zajęte. Wszystkie oczęta były wpatrzone w neoliberalną przyszłość malowaną złotym pędzlem Friedmana. Ale żaden mózg się nie otworzył. Żaden się nie zastanowił nad tym, czemu nie chce tak naprawdę żyć w Indiach albo Chinach. A przecież to tygrysy azjatyckie. Usłyszał za to, że Szalony Kapelusznik zamierza likwidować ZUS i podatki. I mózg stwierdził, że to przecież jak dwa dodać dwa. Nie muszę oddawać państwu, to zostanie mi w kieszeni. A jestem zdrowy, silny, młody, mam kasę od rodziców. Stawiam krzyżyk w kratce przy K.

Ci tam to złodzieje, łupieżcy, bandyci, mafia, ja z tym skończę. Tak z kolei Marcowy Zając prowadzi dyskurs polityczny. Nie mogłam pojąć jego fenomenu. Aż mnie olśniło. Jan Kowalski odda głos na sąsiada, który nie tylko posługuje się takim samym językiem jak on, ale też podobnie przedstawia swoje poglądy. Zupełnie jak u cioci na imieninach, już po torcie. Tylko że Janek nie pomyślał o tym, jak sąsiad zza płotu odwiedzi i porozmawia z tym zza wyższego płotu, np. takiego, który od ulicy odgradza Biały Dom. Ale sąsiad to równy chłop. Stawiam krzyżyk w kratce przy K.

Kapelusznik ma jednak rację w jednej sprawie. Szczyci się faktem, że od dwudziestu pięciu lat mówi to samo. I może w tym tkwi tajemnica jego wzrastającej siły. Razem z podobnymi sobie zającami przekonuje, że da się realizować fantasmagorie, które obudziły się wraz z demonami w umysłach podatnych na populizm, gdy ich rozum spał.

Marcowy Zając i Szalony Kapelusznik to pasująca do siebie antysystemowa para, która zapewne wypije ze sobą jeszcze niejedną herbatkę wyborczą. W końcu ten pierwszy startuje w wyborach na prezydenta kraju, o którym mówi, że istnieje tylko teoretycznie, czyli de facto nie istnieje (pytanie : czy jak wygra to będzie teoretycznym prezydentem?), z kolei drugi robi wszystko co w jego mocy, by Polska dopiero przestała istnieć.

 

Czytaj również