Bez busoli utoniemy

Drukuj

Oczekujemy od imigrantów przestrzegania europejskich wartości. Ale one są w rozsypce. Katolicy, ateiści, lewica i prawica, każdy ma swoje. Wspólnych idei nie ma.

Powrót do domu z kolejnej debaty o przyszłości ludzkości. Równie męczący, co sama debata. W głowie każdego myślącego kłębi się mnóstwo rozwiązań, odpowiedzi na najtrudniejsze pytania i ogromna doza pewności, że to wszystko dałoby się rozwiązać, gdyby tylko ludzie chcieli się wzajemnie słuchać. Przynajmniej tak jest po spotkaniach odbywających się w lewicowym, liberalnym lub jak kto woli, tolerancyjnym i otwartym na świat towarzystwie. Chociaż osobiście zaryzykowałabym stwierdzenie, że zwykle debaty te przypominają mi anonimowe grupy wsparcia rzeszy dyktatorów nieistniejących państewek. Głosimy tezy o tolerancji, uwzględnianiu innych opinii, wreszcie o wartości samej debaty publicznej, która, jak sami  trafnie zauważamy, zanika. A jednak przy całej naszej „otwartości” za Chiny ludowe nie potrafimy zmusić się do słuchania „bliźniego” (żeby było zabawniej, mającego takie same lub zbliżone do naszych poglądy). Jakże więc mamy wspólnie budować społeczeństwo obywatelskie, którego dramatyczny kryzys głosimy?

Debata, na którą się wybrałam dotyczyła przyszłości polityki multi-kulti po atakach na redakcję Charlie Hebdo. Mówiono o całkowitej klęsce asymilacji imigrantów, co, jak słusznie wskazano, przełożyło się na problemy, z jakimi aktualnie musi poradzić sobie Europa. Cały czas nasuwało mi się na myśl jedno, konkretne pytanie: jak możemy oczekiwać od imigrantów pochodzących z obcych kręgów kulturowych, by uznawali się za integralną część europejskiego społeczeństwa, budowali je razem z nami i dbali o nie?

Debata, w której uczestniczyłam, nie różniła się niczym od tysiąca innych spotkań, które niemal codziennie odbywają  zasobni, wykształceni, z wielkich ośrodków w krajach pierwszego świata. Siedzą i dyskutują, a raczej, siedząc jeden obok drugiego, osobno prezentują swoje poglądy. Niczego nie zmieniają. Nie potrafią nawet skupić się wokół wspólnej idei i wprowadzić jej w życie. A społeczeństwo tego dramatycznie potrzebuje. Żyjemy w świecie bez jasnej hierarchii, bez wartości, przepełnieni hedonizmem. To młyn na wodę wszelkiej maści radykałów. Ludzie, którzy na dłuższą metę nie wiedzą czym się kierować w swoim postępowaniu, szukają wzorców. Kto im je wskaże? W Polsce  przewodnikiem chce być episkopat. Ale sam Boga się nie boi. We Francji z jednej strony są nacjonaliści Le Pen, z drugiej radykalni dżihadyści, werbujący młodych gniewnych. Dlaczego  nie może pojawić się trzecia alternatywa, proponująca odbudowę myśli obywatelskiej? Nie istnieje zbiorowa, solidarna świadomość wszystkich Europejczyków, że razem budują swoją rzeczywistość polityczną, kulturową i społeczną.

Co proponuje Europa? Skrajny relatywizm. A my w nim z lubością się nurzamy.  Granice między oczywistymi regułami są płynne, naginane przy każdej okazji. Banalnym przykładem jest fala plagiatów na uczelniach wyższych. Bez świeckiej, humanistycznej busoli utoniemy w morzu radykałów.

Nie zatrzymamy fali napływowej imigrantów. Wznoszenie murów, uszczelnianie granic i masowe deportacje to populistyczne hasła służące wyniesieniu prawicy do władzy. Kryzys społeczeństwa obywatelskiego sprawił, że trafiają na zastraszająco podatny grunt. Sęk w tym, że nie istnieje na tyle wysoki mur, by nie dało się go przeskoczyć. Ani tak głęboko wmurowany w ziemię, by nie dało się go podkopać. Po co więc go budować? Czy nie lepiej zapobiegać ewentualnym przyczynom do nienawiści i antagonizmów między mieszkańcami tego samego kontynentu?

Zanim jednak zabierzemy się za asymilację imigrantów, musimy popracować nad nami samymi. Zrozumieć, że nie żyjemy obok, ale wspólnie. Bez solidarności i przestrzegania uniwersalnych, humanistycznych zasad nie mamy szans na zaszczepienie ich w ludziach z innych kręgów kulturowych. A oni bronią swoich własnych wartości. Bronią do ostatniej kropli krwi.

Czytaj również